Brytyjsko-europejski związek toksyczny

  • 31.03.2019, 13:29
  • Radosław Zapałowski
Brytyjsko-europejski związek toksyczny Historia Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej Fot. Shutterstock
Wielka Brytania przez dekady nie potrafiła dojść do porozumienia z Europą i wypracować zdrowej relacji. Czy to małżeństwo z rozsądku od samego początku było skazane na porażkę?

Trudna, wyboista, pełna zakrętów droga, którą UE i Królestwo wspólnie przemierzały od dziesięcioleci dobiega właśnie końca. Związek zbudowany nie na miłości, lecz na pragmatyzmie, pełen animozji, niezrozumienia, kłótni, przeciągania liny i trudnych negocjacji finiszuje rozwodem. Skomplikowanym, męczącym, emocjonalnie wyniszczającym i z elementami zwątpienia. To symboliczny koniec ponad czterdziestoletniego, trudnego małżeństwa.

Imperium staje z boku

Idea powołania jakiejś nowej organizacji europejskiej, która uniemożliwiłaby powtórkę z szaleństw nacjonalizmów pojawiła się już po wojnie. Winston Churchill był orędownikiem pomysłu mówiąc, że potrzebna jest „struktura zapewniająca pokój, bezpieczeństwo i wolność (…) Coś na kształt Stanów Zjednoczonych Europy”. Kiedy w 1957 sześć państw założycielskich – Francja, Niemcy Zachodnie, Włochy, Belgia, Niderlandy, Luksemburg – podpisywały w Rzymie traktat powołujący do życia Europejską Wspólnotę Gospodarczą (EWG), do stołu poproszono również Zjednoczone Królestwo. Wielka Brytania jednak grzecznie podziękowała. Pewny siebie kraj, który wciąż pielęgnował w sobie wspomnienia imperialnej świetności, przekonany o swojej wyjątkowości, zwycięski w wojnie z Hitlerem, stały członek Rady Bezpieczeństwa ONZ, ze specjalnymi relacjami z USA wciąż czuł się i był potęgą. Królestwo miało Commonwealth i nie potrzebowało Europy. Do tego stopnia, że na uroczystość podpisania traktatu wysłało – Russella Brethertona – urzędnika średniego szczebla w roli obserwatora.

Historyczna odrębność

Królestwo oderwane od kontynentu geograficznie, kulturowo i politycznie do Europy podchodziło sceptycznie. Jako potęga handlowa i imperium przez setki lat częściej z kontynentalną Europą walczyło niż z nią współpracowało. Geografia też miała znaczenie. Historyk Vernon Bogdanor sugeruje, że „nie chcemy mieć ścisłych związków z kontynentem, bo przez wieki żyliśmy we wspaniałej izolacji, chronieni przez brytyjską marynarkę i imperium”. Wyspiarska mentalność połączona z przekonaniem o własnej potędze uniemożliwia kooperację. Królestwo jest przyzwyczajone do dawania rozkazów, a nie przyjmowania regulacji, wytycznych i dyrektyw.

Najistotniejszym elementem odseparowującym mentalnie UK i UE była druga wojna świata. Królestwo nie miało aż tak krwawych doświadczeń powojennych jak reszta Europy. Nie rozumiało i nie rozumie do dziś idei wspólnoty europejskiej, jako odpowiedzi na hekatombę XX wieku. Stworzenie ładu, porządku, bezpieczeństwa oraz dobrobytu poprzez kooperację, wzajemne powiązania polityczne, gospodarcze i kulturowe, to kluczowe idee stojące za powołaniem Unii. Wielka Brytania nie musiała się odbudowywać na powojennych zgliszczach ani otrząsać po dekadach totalitaryzmu jak inne kraje europejskie. Te różnice doświadczeń pogłębiły jedynie przepaść między UK, a resztą Europy. Tak jak brytyjskie przekonanie, że na europejskich sojuszników – w chwili próby – nie ma co liczyć. Stąd wynika także brytyjski proamerykanizm, który na kontynencie budzi duży sceptycyzm.

Koń trojański USA

Pod koniec lat 50. Londyn zaczął się obawiać zmiany układu sił w Europie. Niemcy oraz Francja – dawni wrogowie, teraz przyjaciele, wspólnie budowali gospodarczą potęgę. Wielka Brytania rozpoczęła negocjacje, żeby utworzyć z EWG wspólny rynek, tylko bez produktów rolnych, które były dostarczane tanio na Wyspy z krajów Commonwealthu i bez politycznej integracji. Europa negocjacje zerwała. Królestwo razem z krajami skandynawskimi, a także z Austrią, Portugalią i Szwajcarią założyło odrębną organizację – Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu (EFTA). Europa Zachodnia podzieliła się na francusko-niemiecką „szóstkę” i skandynawsko-brytyjską „siódemkę”.

Dość szybko jednak stało się jasne, że Brytyjczycy nie są w stanie gospodarczo rywalizować z EWG. Konserwatywny premier Harold Macmillan przekonywał ministrów w swoim gabinecie, że pozycja Londynu w Europie jest coraz słabsza. Szef brytyjskiego rządu słusznie obawiał się dyplomatycznego i ekonomicznego wykluczenia Wielkiej Brytanii, dlatego przy sprzeciwie opozycyjnej Partii Pracy złożył aplikację o członkostwo we Wspólnocie Europejskiej.

Francuski prezydent Charles de Gaulle oskarżył jednak Królestwo o „wrogość wobec projektu europejskiego”, zwracał uwagę na „bardzo specyficzne (brytyjskie) zwyczaje i tradycje różne od kontynentalnych” i bał się, że Wielka Brytania będzie w Europie odgrywała rolę „anglosaskiego konia trojańskiego”. I że zniszczy francuskie rolnictwo.
Francuskie veto Macmillian przeżył mocno. Brytyjski premier płakał. Wielka Brytania znalazła się na obrzeżach głównego nurtu polityki europejskiej.

Desperacja Londynu

Pod koniec lat 60 brytyjski establishment ostatecznie zmienił zdanie. Zarówno Torysi jak i laburzyści uznali, że aby Wielka Brytania mogła się rozwijać, musi znaleźć się w strukturach EWG. Nawet za cenę porzucenia Commonwealthu, przyjęcia wspólnej polityki rolnej i politycznej integracji. Wielka Brytania zaczęła tracić swoją pewność siebie, co zostało zapoczątkowane przez kryzys sueski, który uświadomił Londynowi, że Wielka Brytania nie jest taką potęgą, za jaką się do tej pory uważała. Zwłaszcza, że również relacje z USA uległy znacznemu pogorszeniu. Waszyngton zdeterminowany, żeby włączyć i na stale powiązać Niemcy z zachodnią wspólnotą, wolał mieć specjalne relacje i umowy handlowe z EWG niż z Wielką Brytanią, która została sprowadzona do roli wasala. Królestwo stopniowo traciło na znaczeniu. Akcesja do EWG była jedyną możliwą opcją. Członkostwo we Wspólnocie Europejskiej było jednocześnie koniecznością, aktem desperacji i pogodzeniem się z coraz bardziej marginalną rolą potężnego kiedyś imperium.

Krnąbrne Wyspy

Wielka Brytania została przyjęta do EWG w 1973 roku. Po dwóch nieudanych próbach (1963 i 1967), ale miesiąc miodowy nie trwał długo. Już po roku członkostwa Londyn zaczął się domagać głębokiej reformy polityki rolnej, a silna opozycja Francji, Niemiec i Włoch zmusiła laburzystowskiego premiera Harolda Wilsona do zwołania referendum w sprawie wyjścia z EWG. Siedmiu członków gabinetu Wilsona agitowało za ówczesnym Brexitem, ale 67 proc. Brytyjczyków opowiedziało się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w strukturach europejskich.
Laburzyści całą swoją kampanię w wyborach 1983 roku oparli na opuszczeniu europejskiej wspólnoty, jednak przegrali. Rok później Margaret Thatcher wynegocjowała słynny brytyjski rabat. Lata osiemdziesiąte to czas permanentnej walki Wielkiej Brytanii z Europą. Problemy były dwa, które od samego początku determinowały trudne relacje: polityka rolna – zupełnie inna na kontynencie (ważna gałąź gospodarki, zwłaszcza we Francji i Włoszech, subsydiowanie rolnictwa poprzez wyższe ceny żywności) niż w UK (mały sektor, subsydiowanie poprzez bezpośrednie wsparcie budżetowe) oraz kwestia suwerenności.

W latach osiemdziesiątych na czele Europejskiej Komisji stanął Jacques Delors, który rozpoczął proces głębszej politycznej integracji i tworzenia wspólnej europejskiej waluty. Thatcher podczas swojego słynnego wystąpienia w Brugii oskarżyła EWG o próbę stworzenia federalistycznego superpaństwa, co stało się podstawą każdego eurosceptycznego sloganu. To wówczas brytyjska prasa i konserwatyści zaczęli przesuwać się na antyeuropejskie pozycje. Zaczęto przekonywać społeczeństwo, że Francja dominuje w instytucjach, Niemcy w gospodarce, europejski idealizm w myśli politycznej, a na anglosaski pragmatyzm nie starcza miejsca. Jednocześnie w odwrotnym kierunku zaczęła podążać Labour, widząc w Europie szansę na zatrzymanie lub chociaż przystopowanie dewastującej polityki thatcherystów.

Początek końca

Lata 90 to najgorszy okres w relacjach między Europą, a Wyspami. „Czarna Środa” – 16 września 1992 roku kanclerz Norman Lamont nie był w stanie odeprzeć ataku spekulantów i został zmuszony do wycofania funta z mechanizmu ERM (European Exchange Rate Mechanism) – była punktem zwrotnym. Wielka Brytania popadła w recesję i mimo, że John Major uważał, że członkostwo w ERM wywarło zbawienny wpływ na pozbycie się inflacji w Wielkiej Brytanii, to jednak za kryzys na rynku nieruchomości w UK i upadek wielu brytyjskich przedsiębiorstw obarczono Europę. Eurosceptyczny dżin wydostał się z butelki i nigdy już do niej wrócił. Londyn nie był w stanie zatrzymać pogłębiającej się europejskiej integracji i powstania euro waluty.
Major podpisał Traktat z Maastricht z opcjami out (wspólna waluta, sprawy socjalne), co na Wyspach uznano za niewystarczające. Unia Europejska zyskiwała polityczną siłę i narzędzia. Wielka Brytania obawiała się ograniczenia suwerenności i dryfowała w przeciwnym kierunku. W tym kontekście rządy Toniego Blaira to była sielanka. Blair odbudował spalone mosty. Podpisał Kartę Socjalną i przymierzał się nawet do euro. W tym samym jednak czasie w siłę zaczęła rosnąć UKiP (Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa), która dość szybko zdominowała publiczny dyskurs i narzuciła antyeuropejską narrację. Unia jako biurokratyczna, antydemokratyczna, arogancka, niereformowalna struktura, która chce wszystko kontrolować stała się głównym wrogiem konserwatywnej prasy i części społeczeństwa.

Rozwód

Masowa migracja i kryzys finansowy z 2008 roku przeważyły szalę. Zadyszki dostała także Unia, która zaczęła borykać się nie tylko z kłopotami w strefie euro, ale również z antyeuropejskimi partiami, zyskującymi poparcie w niemal każdym kraju. W tym specyficznym krajobrazie David Cameron, aby utrzymać przy swojej partii konserwatywnych wyborców i nie oddawać politycznego pola UKiP postawił na cyniczny eurosceptyzm. Co skutkowało najpierw zablokowaniem zmian traktatowych w 2011 roku (zacieśnienie dyscypliny fiskalnej w Unii), a w końcu referendum. Resztę już znamy.

Dymisja Camerona, premierostwo Theresy May, dwa lata zmarnowane na nieskuteczne negocjacje. Brexitowe puste obietnice i nierealne sny o potędze. Polityczny paraliż i gospodarczy kataklizm tuż za rogiem. Dziś Królestwo znajduje się w podobnym punkcie jak w 1961 roku. Politycznie słabe, zmarginalizowane, poza głównym nurtem, nie potrafiące znaleźć dla siebie miejsca na globalnej mapie, ale z silnym poczuciem wyjątkowości i mrzonkami o powrocie do czasów imperium. A Unia się odradza. Niemiecko francuski motor się rozpędza. Eurosceptyczny kryzys i tendencje odśrodkowe minęły. Polityczna integracja postępuje.

Coraz bardziej oczywisty jest fakt, że Brexit, to fatalna decyzja. Pod każdym względem. A jednak chyba nie do uniknięcia. Przez ponad 40 lat Wielka Brytania będąc formalnie w Unii, praktycznie była poza nią. Kulturowo, politycznie i mentalnie. Rozwód jest oficjalnym uznaniem, że to małżeństwo nie miało prawa się udać.

Radosław Zapałowski
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe