Nieunikniona separacja

  • 26.02.2019, 13:56 (aktualizacja 20.05.2019 16:33)
  • Radosław Zapałowski
Nieunikniona separacja Fot. Shutterstock
Brak zrozumienia idei europejskiego projektu i brytyjska niechęć do głębszej integracji są źródłem Brexitu. Związek Królestwa z Unią nie mógł się udać.

Godzina B się zbliża. I bez względu na to jakie w tym miesiącu zapadną decyzje – przedłużenie negocjacji, opuszczenie UE bez porozumienia, wycofanie się z Brexitu – jedno jest pewne. Relacje między Europą i Wielką Brytanią stały się toksyczne. I nic nie wskazuje na to, że w przyszłości ulegną zmianie.

Brexitowa ulga Europy

Po dwóch latach męczących negocjacji na kontynencie narasta przekonanie, że aby zjednoczona Europa mogła sprawnie funkcjonować i prosperować, Wielka Brytania musi wyjść z Unii. Żaden z unijnych oficjeli tego głośno nie powiedział i prawdopodobnie nigdy nie powie, ale zasadniczo większość się zgadza, że Brexit w takiej czy innej formie, prędzej czy później, jest nieunikniony. I zasadniczo – w dłuższej perspektywie – korzystny dla europejskiego projektu.

Od samego początku swojego członkostwa Królestwo domagało się specjalnych przywilejów i wyjątkowego traktowania przez ten zbudowany na powojennym konsensusie, dobrowolny klub. Nawet opuszczając Unię Londyn chce spełniania swoich własnych warunków – czerwonych linii. Najlepiej to skomentował Xavier Battel, premier Luxemburga mówiąc, że będąc członkiem Unii Królestwo domagało się opcji „opt in”, a będąc poza UE domaga się „opt out.” Takie podejście na dłuższą metę jest niewykonalne i godzi w spójność UE. Dlatego też Brexit, nawet twardy może być dla Europejczyków na kontynencie polityczną ulgą.

Męcząca Brytania

Do tej pory Królestwo cieszyło się uprzywilejowaną pozycją w Unii. Nie jest w strefie Euro, Schengen, odrzuciło kartę praw podstawowych, ma specjalny rabat budżetowy. Kolejni brytyjscy premierzy szli ścieżką wytartą przez Margaret Thatcher, która w 1988 roku podczas swojej słynnej mowy w Brugii nakreśliła brytyjską wizję Unii jako organizacji polegającej na „współpracy między suwerennymi państwami”. Od tamtego czasu drogi Wspólnoty i Królestwa zaczęły się rozchodzić. Na kontynencie pojawiły się idee głębszej integracji i ściślejszej współpracy, a Wyspy wciąż chciały tkwić w luźnym związku państw. Londyn nigdy nie zrozumiał, że pomysł głębszej integracji to po prostu inwestycja w pokój, stabilność i wzrost gospodarczy. Podobnie jak składki członkowskie. Rezygnacja z suwerenności i finansowe dokładanie do krajów, które nie są gospodarczymi mocarzami umożliwia stabilizację na starym kontynencie. W skrócie – co trafnie zauważył Jeremy Cliffe z „Ecomist” – w projekcie europejskim chodzi o spokojne, nudne, stabilne, dobre życie. A Unia – choć ma swoje problemy – to właśnie zapewnia.

Przez dwanaście stuleci próbowano zapewnić pokój w Europie. Od czasów Karolingów co kilkadziesiąt lat w różnych miastach spotykali się dyplomaci i możnowładcy, rysowali kreski na mapach i spisywali traktaty – na próżno. Z tych prób Unia Europejska jest po prostu najbardziej skuteczna. To fakt bezsporny – 61 lat po jej zainicjowaniu Traktatem Rzymskim nadal nie było wojny między sygnatariuszami. Czego nie można powiedzieć o żadnej innej inicjatywie od traktu z Verdun (843). W tym kontekście malkontenctwo Królestwa jest nie tylko męczące, ale przede wszystkim niebezpieczne.

Brytyjska specyfika

Główny brytyjski problem ze zrozumieniem idei stojących za Unią polega na tym, że Wielka Brytania nie przeżyła – w takim samym stopniu jak reszta Europy – traumy XX w. Większość krajów członkowskich UE narodziło bądź odrodziło się na zgliszczach II wojny światowej i totalitaryzmach. Destrukcja, opresja, horror – to wspomnienia wciąż żywe w zbiorowej pamięci Europejczyków na kontynencie. W Niemczech, Francji, w Europie Wschodniej, w Skandynawii, w krajach południa – od krwawych dyktatur w Hiszpanii, Grecji i Portugalii po faszystowskie Włochy. Te doświadczenia – mimo wielu dzielących różnic – nas łączą. Prawdziwymi symbolami Unii nie są hymny, Parlament Europejski, flagi, Oda do Radości, ale komfortowe mieszkania w Madrycie, bezpieczne ulice w Pradze, czy kolejki miejskie w trójmieście. Spokój i relatywny dobrobyt.

Nieoficjalną misją Unii jest zapewnienie komfortu, stabilizacji, ładu i porządku cierpiącym w przeszłości nacjom. Z tej roli Unia się wywiązuje znakomicie. Jest efektywna. Owszem, za cenę rezygnacji z suwerenności, powolnego dostosowywania się do zmieniających się globalnych tendencji, w jakiejś mierze konserwatyzmu, unikaniu ryzyka, ale plusy przewyższają minusy.

Unia Europejska nie jest może drapieżnym gospodarczym monstrum jak Chiny i nie jest dynamiczna jak jeszcze do niedawna USA, ale jakość życia jest w Europie po prostu najlepsza. Wielka Brytania nie ma aż tak krwawych doświadczeń powojennych. Hekatombę holokaustu – w porównaniu z kontynentalną Europą – przetrwała niemal nietknięta. Nie musiała się odbudowywać na powojennych zgliszczach ani otrząsać po dekadach totalitaryzmu. Ma za to w zbiorowej pamięci potęgę własnego imperium i silne poczucie odrębności oraz wyjątkowości. Dla niej Unia to po prostu możliwość łatwiejszego handlu z innymi krajami. To zaś uniemożliwia wzajemne zrozumienie.

Pożegnanie z Europą

W medialnej narracji na Wyspach Unia przedstawiana jest jako oponent, nie partner. To „oni” przeciwko „nam”. Technokraci z Brukseli kontra normalni ludzie. I choć na kontynencie również można znaleźć podobne głosy, to jednak nie są one dominujące. Bo ostatecznie zdajemy sobie sprawę, że fragmentacja Europy i narodowe egoizmy kończą się krwawą jatką. Dlatego, mimo że Ateny mają na pieńku z Brukselą, nie chcą Grexitu, bo boją się destabilizacji. Warszawa marzy o wyrwaniu się z liberalnych więzów unijnych, ale wie, że na dłuższą metę modernizacyjne dyby są lepsze niż ponownie wpadnięcie w objęcia Moskwy. Berlin chciałby, żeby Wielka Brytania pozostała w Unii, ale jedność UE jest dla Niemiec priorytetem. Holandia może i sympatyzuje z Londynem, jednak mimo swojego eurosceptycyzmu nigdy nie zdecydowałaby się na tak samobójczy krok.

Dla większości Europejczyków Brexit to absurd. Niezrozumiała, idiotyczna decyzja, a niechęć brytyjskiego establishmentu do konfrontacji z wolą ludu działa nieodpowiedzialne. Ale dwie strony nie mogą się spotkać. Bo o ile Francja i Niemcy postrzegają integrację europejską jako mechanizm zapewniający pokój i maksymalizujący dobrostan, dla Londynu to po prostu tylko i wyłącznie projekt handlowy. Dlatego też związek UE i Wielkiej Brytanii od samego początku skazany był na porażkę.

Radosław Zapałowski
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe