Polout, czyli Brexit po polsku

  • 2.02.2019, 13:46 (aktualizacja 09.03.2019 16:01)
  • Radosław Zapałowski
Polout, czyli Brexit po polsku Fot. Shutterstock Jarosław Kaczyński
Prawo i Sprawiedliwość próbując zgarnąć pełnię władzy w kraju wyrzuca Polskę poza zachodnią wspólnotę.

Majstrowanie przy polskim systemie sądownictwa w końcu przyhamowano. PiS został zatrzymany – nie przez protesty, oskarżenia o łamanie konstytucji, międzynarodowy nacisk, subtelny europejski ostracyzm, Komisję Europejską – lecz przez Trybunał Sprawiedliwości UE. TSUE w jeden dzień zmienił obraz toczącej się od blisko trzech lat walki o niezależność sądownictwa. Po sparaliżowaniu Trybunału Konstytucyjnego, czystce wśród prezesów sądów i upolitycznieniu nowej Krajowej Rady Sądownictwa przed niekonstytucyjnymi zmianami bronił się już tylko Sąd Najwyższy. TSUE – na razie – go ocalił. Nakazał Polsce zawiesić przepisy, którymi prezydent Andrzej Duda obniżył sędziom SN wiek emerytalny. Prawo i Sprawiedliwość po raz pierwszy się cofnęło. Retoryka wciąż jest antagonistyczna, ale „zawieszeni” sędziowie wrócili do pracy. Czy polski rząd zorientował się w końcu, że konflikt na linii Bruksela-Warszawa może się skończyć wyrzuceniem Polski z Unii?

Wschodnie warcholstwo

Unia Europejska z Polską miała kłopot od początku objęcia przez PiS władzy. Byliśmy pierwszym krajem UE, który ignorował postanowienia Trybunału Sprawiedliwości. To precedens, więc nie wiadomo było, jak reagować. Brakowało skryptu i poradnika. Unia jest przecież dobrowolnym związkiem państw, które zobowiązały się szanować wspólnie ustalone reguły, toteż nie zakłada, że obecni w klubie będą zasady tak ostentacyjnie łamać. A zachowanie Polski było i jest z innego, na pewno niekooperacyjnego, porządku. Dlatego Unia – ku irytacji polskich liberałów mówiących o łamaniu konstytucji – reagowała dość ostrożnie. Postanowiono na polityczny nacisk i przeczekanie.
Rolę sumienia Unii przejęli na siebie wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Holender Frans Timmerman i jej szef Jean-Claude Juncker. A sama KE stała się dla PiS symbolem złej Unii. Bo ani Berlin, ani Paryż nie bardzo się paliły do obrony praworządności w Polsce. Pozwalało to unikać awantur, ale jednocześnie umożliwiło polskiemu rządowi na wprowadzanie kolejnych zmian demolujących demokratyczny porządek.
Gwałt na Trybunale Konstytucyjnym, podporządkowanie sądów władzy wykonawczej, opór przed pomaganiem uchodźcom, dewastacja Puszczy Białowieskiej – PiS czuł się bezkarny i raz za razem otwierał nowe fronty oraz kreował konflikty z Unią. Dla europejskich stolic stało się jasne, że nieokrzesanie polskiego rządu należy potraktować jako przejściową chorobę młodej, nieokrzepłej demokracji i nie robić żadnych gwałtownych ruchów. Zwłaszcza, że globalne zawirowania – zmiana polityki USA, Brexit, ofensywa Putina, antyliberalizm, marsz populizmu – wymusiły na jądrze UE przyspieszenie integracji. Czyli zasadniczo stworzenie Unii dwóch prędkości: trzonu – założycielskiej szóstki oraz krajów strefy euro i reszty. W tej konfiguracji Polska i tak znalazłaby się na aucie. Polityka PiS jedynie ułatwia marginalizację naszego kraju i wypchnięcie go poza obszar decyzyjny.

Pod niemieckim przewodem

Od początku naszego wejścia do Unii, choć nikt o tym głośno nie mówił – najwięcej korzyści czerpaliśmy z bliskości Niemiec. Nasza gospodarka rozwija się w znacznym stopniu dzięki rozwojowi gospodarki niemieckiej, która z kolei jest największym wygranym wspólnej waluty. Projekt euro, który z roku na rok pogłębia deficyty na rachunkach obrotów bieżących państw południa Europy, przyczynił się bowiem do zbudowania niemieckiej potęgi eksportowej, a przez mechanizmy kooperacyjne w ramach rynku wewnętrznego UE umożliwił środkowoeuropejski cud gospodarczy w ostatnim ćwierćwieczu. Dlatego też wszystkie poprzednie rządy polityczne partnerstwo z Berlinem traktowały priorytetowo.
Dla Niemiec Polska też jest, a przynajmniej była, ważnym elementem układanki. Nie tylko ze względu na tanią siłę roboczą i fabryki, ale również jako hamulec bezpieczeństwa stosowany przeciwko reformom proponowanym przez Francję – uderzającym w eksportową hegemonię Berlina. Jednak im dłużej w naszym kraju rządzi PiS, tym bardziej ta rola i cierpliwość Angeli Merkel się wyczerpuje. Ostatnie zawirowania na świecie i zachwianie globalnego ładu zmusiły zachowawczą kanclerz do bardziej aktywnej polityki. Stąd zapowiedzi przygotowania niemiecko-francuskiej mapy drogowej reform Unii Europejskiej. Polska pomimo antydemokratycznych zmian w sądownictwie mogła w tym procesie aktywnie uczestniczyć. Jeszcze podczas wizyty w Warszawie w marcu zeszłego roku Merkel szukała odpowiedzi na zasadnicze pytanie, czyli czego Polska w zasadzie od Europy chce. Jakie cele chce realizować? Jaką proponuje agendę? Na jakie kompromisy jest gotowa? Z naszej strony popłynęły jedynie frazesy o „Europie ojczyzn”.

Konserwatywna konsolidacja

Problem jest zasadniczy i raczej nie do przeskoczenia. Bo jeśli Europa dziś stara się na nowo zintegrować, Polska oraz inne kraje wschodnioeuropejskie stawiają na konsolidację władzy wewnętrznej. Ideą Jarosława Kaczyńskiego i Victora Orbana jest silne państwo i luźna ponadnarodowa współpraca. Rozproszenie ośrodków decyzyjnych, które kolegialnie reagowałyby na wyzwania. Bez innych ośrodków władzy, jednolitych praw i obowiązków. Ten wariant oparty na „Europie ojczyzn”, ćwiczyliśmy na początku XX w. w formacie Ligi Narodów. Przetrwał dwie dekady. Prawo ciążenia fizyki geopolitycznej w Europie tak działa, że ilekroć rządzącym lokalnym elitom zachce się pełni władzy, ginie masa ludzi. Często bez czyjejkolwiek złej woli, a za sprawą samej logiki procesu. To jest niebezpieczna i tragiczna iluzja „silnej Polski”. Czas, kiedy można było odrzucać europejskie wartości, a jednocześnie czerpać z europejskiego trzonu bogactwo i bezpieczeństwo będące ich efektem się kończy. Stawiając na konserwatywną wizję Kaczyński pogarsza geopolityczną pozycję Polski. Unijne centrum będzie się szybciej integrowało bez nas, a my będziemy coraz głębiej wpadali w dziurę między oddalającym się od nas Zachodem i agresywnie zbliżającym się Wschodem.
Polexit raczej nam nie grozi, ale marginalizacja i osamotnienie na globalnej szachownicy już tak. To zaś jest niezwykle niebezpieczne, bo zawieszenie w geopolitycznej próżni między Wschodem i Zachodem zawsze kończyło się dla nas tragicznie.

Radosław Zapałowski
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe