Europejski kryzys

  • 8.01.2019, 14:28 (aktualizacja 14.01.2019 20:32)
  • Radosław Zapałowski
Europejski kryzys Fot. Shutterstock Syryjska matka z dzieckiem w obozie dla uchodźców w Suruc w Turcji.
Temat uchodźców zniknął z głównego nurtu, ale miliony migrantów wciąż cierpią.

Wydaje się, że „kryzys uchodźczy” się skończył. Media nie są już zainteresowane tym tematem jak w roku 2015 czy 2016. Liczba osób składająca wnioski o azyl spadła, ludzie utknęli w obozach na południu Europy, a ci którzy mieli szczęście próbują sobie ułożyć życie w nowych ojczyznach. Problem zażegany? Niekoniecznie.

Przyczyny masowych ruchów migracyjnych wciąż są takie same jak trzy lata temu. Tak jak nadmierna panika i reakcja na przybyszów napędzana serią błędnych wyobrażeń o tym, kim są imigranci, dlaczego tu przybywają i co to oznacza dla Europy. Kryzys uchodźców zniknął z głównego medialnego nurtu, ale ludzie wciąż cierpią, zaś europejska polityka nie potrafi się wyrwać z antyemigracyjnej pułapki, którą nałożyły na nią społeczeństwa.

Niewidoczne dramaty

Życie i śmierć migrantów nikogo dziś nie wzrusza. Kiedy włoski think tank ISPI opublikował badania, że 5 proc. uchodźców starających się dotrzeć drogą morską z Libii do Włoch tonie, Europejczycy wzruszyli ramionami. A niektórzy reagowali nawet z radością, bo ta statystyka świadczy to o tym, że libijska straż przybrzeżna jest skuteczniejsza w przechwytywaniu i cofaniu łodzi do Afryki (aktualnie udaje się cofnąć około 44 proc. wyruszających).

Do głównego nurtu nie przebijają się też informacje o koszmarnych warunkach w obozach dla uchodźców. I to nie tylko tych „outsourcingowanych” przez Unię w Afryce. Ignorujemy dramaty także w Grecji, Włoszech i Turcji. Obozy tymczasem zamieniają się w antyhumanitarne inkubatory, radykalizujące uchodźców. Bo ludzie tam umieszczeni mają dostęp do świeżej wody jedynie przez 2-3 godziny dziennie, bo obozy są przepełnione (np. w Morii na wyspie Lesbos, gdzie przebywa 7 tys. osób – głównie kobiet i dzieci, choć miejsca jest jedynie dla 2 tys.), bo skorzystanie z toalety nocą grozi gwałtem (brak oświetlenia i zbyt mała liczba toalet oraz pryszniców), bo namioty są małe i nie chronią przed deszczem (co najmniej 3 tys. osób  przebywających w Morii nie ma odpowiedniego lokum chroniącego przed zimnem). Problemy są z jedzeniem (po posiłek trzeba stać w kolejce co najmniej godzinę), odzieżą oraz dostępem do pomocy medycznej. Kolejki do lekarza formują się o 5 nad ranem, a i tak tylko najpoważniejsze przypadki są leczone.

Jeśli takie warunki panują w europejskim kraju, to aż strach pomyśleć, jak musi wyglądać codzienność migrantów w Turcji czy w krajach afrykańskich? To tykająca bomba niezadowolenia, desperacji i ewentualnej radykalizacji, którą sami sobie naszą niechęcią do obcych podłożyliśmy.

Powracająca uchodźcza fala

Olbrzymia społeczna niechęć, która wybuchła, kiedy migracyjny kryzys osiągnął swoje apogeum, jest zastanawiająca. I ewidentnie zaskoczyła elity, które nie spodziewały się tak negatywnego odzewu. Pokazaliśmy naszą brzydką twarz. A przecież jako Europejczycy powinniśmy wiedzieć, czym jest wojna, jaka trauma towarzyszy prześladowaniom i przymusowym przesiedleniom.

Europa była miejscem strasznych wojen i konfliktów, które sprawiły, że wygnanie było zbiorowym doświadczeniem, które trudno jest wymazać z pamięci. A jednak zapomnieliśmy. Albo udajemy, że nie pamiętamy własnej tragicznej historii i błędów naszych przodków. Nie jest to jednak tylko problem moralny. Można nie lubić obcych przybyszów, można też im nie współczuć, ale w naszym interesie jest, żeby te problemy humanitarnie i racjonalnie rozwiązywać. Nie dlatego, że tak jest słusznie, ale dlatego, że tworzenie murów i ogrodzeń niczego nie naprawia. Odsuwa jedynie w czasie katastrofę.

W swojej książce „The Origins of Totalitarianism” z 1951 roku, Hannah Arendt przekonywała, że niezdolność państw do zagwarantowania praw do przesiedleńców w Europie pomiędzy wojnami światowymi pomogła stworzyć warunki dla dyktatury. Bezpaństwowość redukowała ludzi do banitów: aby żyć, musieli łamać prawo. To zaś rodziło napięcia społeczne i wymuszało na ośrodkach władzy zaostrzanie polityki emigracyjnej, a w konsekwencji również zamordystyczne prawa wobec własnych obywateli. Rządy usiłowały rozprawić się z niechcianymi imigrantami, dając siłom policyjnym coraz szersze uprawnienia. Było tak nie tylko w państwach totalitarnych, ale również w zachodnioeuropejskich demokracjach. Te echa infrastruktury bezpieczeństwa, kryminalizacji obywateli (kary we Włoszech za pomaganie osobom w ośrodkach), planowanych masowych deportacji dziś znów głośno słychać. A społeczne niezadowolenie, twierdzenia, że przybysze zagrażają naszemu bezpieczeństwu i naszej tożsamości, to, jak pisała Arendt, „pierwsze oznaki cywilizacyjnej regresji”. Społeczna wrogość wobec migrantów może skończyć się jakąś nową formą faszyzmu. To nie przypadek, że siły skrajnej prawicy zdobywają kolejne przyczółki. I nie można tego bagatelizować. Nie po hekatombie II WŚ.

Stara Europa

Wbrew temu co się powszechnie sądzi, polityka Unii wcale nie jest „prouchodźcza”. W 2016 roku UE na zabezpieczenie granic wydała 2 mld euro. Na pomoc humanitarną dla migrantów ledwie 700 milionów euro. Bruksela według raportu koalicji grup zajmujących się prawami człowieka „zmilitaryzowała się, zaostrzyła przepisy azylowe oraz politykę zatrzymania i deportacji”, co w konsekwencji doprowadziło do śmierci 30 tys. osób (od roku 1993), które wybierały trudniejsze, bardziej niebezpieczne trasy, aby dostać się na stary kontynent. UE wstrzymała przyjmowanie Syryjczyków do Europy, mimo że ponad 12 milionów zostało przesiedlonych podczas wojny, a wielu nadal potrzebuje pilnej pomocy humanitarnej. Nawet gdy Afganistan stał się coraz bardziej niebezpieczny, rządy europejskie nadal starają się deportować obywateli tego kraju do Kabulu. UE podpisała umowę z dyktaturą Sudanu. W Nigrze zalano europejskimi pieniędzmi, wojskiem i dyplomatami miasto Agadez, gdzie kwitł biznes uchodźczy.

Czy da się ten kryzys rozwiązać? Dopóki trwają wojny – wojny, które czasem są inicjowane lub przez państwa europejskie, lub napędzane przez handel bronią – ludzie będą uciekać. Inni będą próbować migrować nawet wtedy, gdy nic im nie zagraża. Jednak wysiłki europejskich rządów zmierzające do powstrzymania niechcianej migracji mogą doprowadzić do powstania lub zaostrzenia problemów, które mają rozwiązać. Decyzje dotyczące zwiększenia kontroli imigracyjnej podejmowane w chwilach kryzysu lub w odpowiedzi na presję mediów, mogą mieć głębokie i długotrwałe skutki. Także dla nas. Faszyzacja społecznych nastrojów oraz polityki może skutkować odrodzeniem silnych nacjonalizmów, narodowych egoizmów i konfliktów etnicznych. Dziś nie chcemy Syryjczyków w UE, jutro nie będziemy chcieli Polaków w Londynie, Ukraińców w Warszawie, Rumunów w Rzymie, Czechów w Bratysławie, Anglików w Paryżu… Być może znów powrócimy do czasów krwawych, bezsensownych walk, które przez wieki niszczyły Stary Kontynent.

Radosław Zapałowski
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe