Wielka Brytania wstaje z kolan

  • 26.10.2018, 03:26 (aktualizacja 20.11.2018 16:11)
  • Radosław Zapałowski
Wielka Brytania wstaje z kolan Fot. Shutterstock
Twardy Brexit stał się realnym scenariuszem. Opozycja za wszelką cenę musi powstrzymać polityczny i gospodarczy armagedon.

Szefowa brytyjskiego rządu – Theresa May miała szansę. Dwa lata na przygotowanie i przeprowadzenie racjonalnego planu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Takiego, który zabezpieczyłby interesy ekonomiczne kraju i dobrostan społeczeństwa. Umowy, którą europejscy partnerzy byliby w stanie zaakceptować, a głosujący w referendum za wyjściem jakoś przełknąć. Miękkiego Brexitu, czyli wyboru mniejszego zła. Czas ten jednak spędziła na chaotycznych i nieudanych próbach jednoczenia Partii Konserwatywnej, podzielonej w kwestiach europejskich od zawsze.

Marnotrawstwo energii politycznej, a zwłaszcza próba biernego przeczekania wydarzeń bez konkretnych wyobrażeń oraz planów wydaje teraz swoje zgniłe owoce. Brextremiści urośli w siłę, a ich absurdalne pomysły na twardy Brexit – wyjście z Unii bez żadnej umowy – zdominowały debatę w Wielkiej Brytanii i stały się realnym scenariuszem. Najbardziej ślepe i krzykliwe skrajności zamiast słabnąć od czasu referendum, tylko okrzepły. Ich siła destrukcyjna jest znacząca i grozi ekonomicznym kryzysem.

Rządy populistów z tylnego siedzenia

Pobłażliwość 10 Downing Street wobec brextremistów nadała im wiarygodności. Wytworzyła mylne wyobrażenie, że ta grupa ma jakieś sensowne pomysły i zasługuje na poważne traktowanie. Tolerowanie głośnej frakcji eurosceptyków, wewnątrzpartyjnej opozycji miało jakiś polityczny sens. Pozwalało utrzymywać jedność Partii Konserwatywnej, oddalało zagrożenie jawnego buntu i dawało Theresie May czas. Ale było to igranie z ogniem. Populistów nie można okiełznać ani kontrolować. Dzisiaj mamy tego tragiczne polityczne skutki. Wyspy zdominowane zostały przez „ciasteczkowe” myślenie. Wiara w cudowne rozwiązanie brexitowej kwadratury koła nie gasła. Dziś jest powszechna po każdej stronie politycznego sporu. Eurosceptycy, euroentuzjaści, eurorealiści, komentatorzy, społeczeństwo, wszyscy na Wsypach uparcie wierzą, że ostatecznie Londyn z Brukselą się dogadają i Wielka Brytania uzyska od Unii uprzywilejowaną pozycję. Bierność rządu tylko potęgowała to wrażenie. 10 Downing Street zapewniało, że Królestwo zachowa dostęp do europejskiego rynku bez wolnego przepływu ludzi i uznawania jurysdykcji Europejskiego Trybunału. A także okłamywało społeczeństwo i samych siebie, że wyjście z unii celnej nie wykreuje olbrzymiego problemu z granicą między Irlandią, a Irlandią Północną. Dlatego zderzenie z rzeczywistością na szczycie Unii Europejskiej w Salzburgu było takim szokiem.

Kubeł racjonalnej wody

Kiedy w lipcu Theresa May z fanfarami ogłosiła plan z the Chequers, o który toczyła ciężki bój z eurosceptykami we własnej partii i we własnym rządzie Europa dała jasno choć dyplomatycznie do zrozumienia, że to propozycje nie do przyjęcia. Mimo to dwa miesiące później szefowa brytyjskiego rządu przywiozła ten martwy od samego początku dokument na szczyt Unii do Salzburga. I na własne życzenie doznała politycznego upokorzenia. May otrzymała 10 minut na przedstawienie swoich propozycji podczas kolacji dla europejskich liderów, ale bez możliwości dalszej dyskusji. Bo Brexitem zajmują się negocjatorzy. To była kurtuazja, która sprowadziła 10 Downing Street na ziemię.

Theresa May liczyła, że uda jej się „dogadać” z szefami państw członkowskich ponad głowami Michela Barniera i Komisji Europejskiej. Że dyplomatyczna ofensywa oraz brytyjski czar zdziałają cuda i Królestwo otrzyma specjalne przywileje. Że wreszcie Europa da jej trochę dyplomatycznego wsparcia w postaci ogólnikowych frazesów, tak aby Theresa May nie wracała na Wyspy z pustymi rękoma, Unia pozostała niewzruszona. A niektórzy liderzy jak np. Emmanuel Macron dali w końcu wyraz swojego zniecierpliwienia. Prezydent Francji frakcję brexitersów nazwał kłamcami, a Donald Tusk oznajmił kategorycznie, że plan May jest nierealny. Unia, która do tej pory była niezwykle taktowna i nie szła na konfrontację traci cierpliwość, bo Królestwo cały czas zachowuje się nieodpowiedzialnie. Londyn wciąż domaga się niemożliwego. Brexitu, który zadowoli Partię Konserwatywną, Izbę Gmin, nie wyrządzi żadnych gospodarczych szkód, zatrzyma emigrację z UE, nie stworzy granicy w Irlandii, a do tego jeszcze umożliwi swobodny handel żywnością, bez wyśrubowanych unijnych regulacji, z USA. To fantasmagoria.

Szacunek do jednorożców

Po powrocie z nieudanego szczytu na Theresę May czekały kpiny mediów i wezwania do stanowczej reakcji. Szefowa rządu, próbując ratować swoją reputację, pojawiła się na kuriozalnej konferencji prasowej, grożąc Europie twardym Brexitem, oświadczając, że jej propozycja jest jedyną możliwą i domagając się od unijnych partnerów szacunku. To była brytyjska wersja wstawania z kolan. Kompletnie nieudana. May wyglądała i zachowywała się jak rozkapryszone dziecko, które żąda, aby dorośli przyznali, że jednorożce istnieją naprawdę. Te wystąpienie było gorsze od głupoty. To był błąd. Premiera zamknęła sobie furtkę do kompromisu, negocjacji i odwrotu. Bo trwanie na twardym, doktrynalnym stanowisku ogranicza jej pole manewru nie tylko w Europie, ale głównie na Wyspach. Eurosceptyczna brytyjska prasa natychmiast skierowała swoją wściekłość w kierunku Brukseli, potęgując mylne wrażenie, że ewentualny brak porozumienia, to wina niechętnych kompromisowi „eurokratów”.

Królestwo po raz kolejny ulega złudzeniu swojej siły. Nabija armatę papierem. Twardy Brexit jest realny, ale byłby samobójczy. Jak bowiem pokazał wyciekły raport „Department for Exiting the EU” brak porozumienia z Unią będzie skutkował tym, że sklepy w Kornwalii i Szkocji nie będą miały towaru na półkach, szpitalom skończą się leki w przeciągu dwóch tygodni, Wyspom zabraknie paliwa, zaś port w Dover załamie się pierwszego dnia po Brexicie. I to wcale nie najczarniejszy z możliwych scenariuszy. Loty zostaną wstrzymane, handel również z krajami spoza Unii zupełnie się załamie, a brytyjski sektor rolny padnie w przeciągu 8 miesięcy.

Badania opinii publicznej dowodzą, że społeczeństwo nie za bardzo się tym przejmuje. Efekt „ciasteczkowej” narracji zrobił swoje. Co jedynie zwiększa skalę trudności w racjonalnym rozwiązaniu problemu z Brexitem. Każda polityka pozbawiona poparcia tych, do których jest adresowana, zawsze upada. Decydując się na antyeuropejską linię, zaostrzając narrację, zwiększając niebezpieczne polityczne ciśnienie Theresa May utrudnia sobie wycofanie się z niebezpiecznej idei twardego Brexitu. To szansa dla opozycji.

Do tej pory Partia Pracy w tej kwestii była ostrożna, kalkulując, że politycznie nie opłaca jej się konfrontacja z linią rządu i nastrojami wyborców w swoich probrexitowych okręgach. Konferencja partyjna w Liverpoolu zwiastuje jednak nowe otwarcie. Partia Pracy również wstała z kolan i po raz pierwszy ogłosiła, że odwołanie Brexitu jest opcją. To tzw. game changer. Pozwala uaktywnić potencjał zrewidowania całego procesu. Otwiera nowe możliwości i daje szansę oraz nadzieje na przyszłość, w której Wielka Brytania wciąż jest członkiem Wspólnoty.

Radosław Zapałowski
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe