Na gapę

  • 24.09.2018, 16:16 (aktualizacja 24.09.2018, 16:21)
  • Janusz
Na gapę Fot. Shutterstock
Jeszcze zanim zostałem zawodowym kierowcą, uwielbiałem podróże. Już jako nastolatek wybrałem się podczas wakacji „w Polskę”. W plecaku jedynie najbardziej niezbędne rzeczy i trochę gotówki, która zresztą skończyła się po kilku dniach. Bez żadnego planu, bez mapy. Po prostu czułem, że musze gdzieś wyruszyć.

Plan był taki, żeby w ciągu miesiąca zwiedzić jak najwięcej miejsc. Jeździłem głównie autostopem. Był jednak rok 1980 i ten sposób podróżowania nie był jeszcze zbytnio popularny, a jeśli kierowcy już zabierali, to najczęściej chcieli, żeby im płacić. A ja jak bym miał z czego płacić, to pewnie nie jeździłbym stopem, tylko po prostu kupował bilety na autobusy albo pociągi.

Jakoś powoli tym autostopem udawało się przemieszczać, choć czasami trwało to naprawdę długo – czasami w ciągu dnia udawało mi się przejechać jedynie np. 150-200 km. Zechciało mi się więc trochę przyśpieszyć, bo Polska przecież duża, a ja chciałem zobaczyć jak najwięcej. Postanowiłem skorzystać ze „środka lokomocji”, o którym wiele lat później usłyszałem, że nazywa się trainstop. Zabawa polegała na wsiadaniu do pociągu i jechaniu nim tak długo, aż przychodził konduktor mnie z niego wyrzucał. Wtedy czekałem na następny pociąg i znowu jechało się jak najdalej się dało.

Po kilku dniach takiego podróżowania moja wyobraźnia zaczęła mi podsuwać kolejne pomysły. Tak więc zacząłem wypatrywać konduktora, a gdy ten nadchodził po prostu zamykałem się w toalecie. W piętrowych pociągach z kolei po prostu go omijałem – jak on szedł dołem, to ja górą w druga stronę i na odwrót. Podobnie w pociągach, które składały się z dwóch składów wagonów i nie można było podczas jazdy przejść z jednego do drugiego. Po prostu zawsze wsiadałem do tego, do którego nie wsiadał konduktor, a potem na każdej stacji musiałem wypatrywać czy on się nie przesiada do mojego składu. Jak się przesiadał, to ja się też przesiadałem.

Czasami konduktor złapał i nie chciał wypuścić. Wówczas kończyło się na milicyjnym komisariacie na najbliższej stacji. Tam najczęściej tłumaczyłem, że po prostu skończyły mi się pieniądze i muszę jakoś wrócić do domu, albo że jadę do ciotki pożyczyć pieniądze na powrót. Kończyło się zawsze jedynie spisaniem.

I tak oto przejechałem przez całą Polskę wzdłuż i wszerz, od Bieszczad po Mazury i od Szczecina po Karkonosze. Dziś jedynie mogę przeprosić, że oszukiwałem Polskie Koleje Państwowe, ale potrzeba przemieszczania się była już wówczas bardzo silna. I taka pozostała, więc kilka lat później zostałem zawodowym kierowcą.

Miłej drogi Moi Drodzy ;)

 

Opowieści niezmyślone

Janusz, lat 55, pochodzi spod Łodzi. Ale jego domem jest cały świat. Jest zawodowym kierowcą od 35 lat. Jeździł już po wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy. Z każdego kraju, w którym przyjdzie mu pracować, spisuje przygody, które potem po powrocie do Polski chętnie opowiada kompanom przy kufelku piwka. Opowiada też i nam.

Janusz

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe