Kampania brexitowa 2.0

  • 24.09.2018, 13:09 (aktualizacja 03.12.2018, 15:22)
  • Radosław Zapałowski
Kampania brexitowa 2.0 Fot. Shutterstock
Zwolennicy i przeciwnicy opuszczenia UE zwierają szeregi. Wielka Brytania szykuje się do kolejnej debaty na temat Europy.

Wydawać by się mogło, że na sześć miesięcy przed wyjściem Królestwa z Unii temat Brexitu powinien być zamknięty. Negocjacje dopięte, plany wdrożone, służby cywilne przygotowane, umowy handlowe z resztą świata gotowe, biznes uspokojony, status migrantów uregulowany. Zamiast tego panuje totalny chaos. Nie ma planu, negocjacje utknęły, Theresa May wciąż szarpie się między zwolennikami i przeciwnikami UE w swojej partii, parlament i rząd podzielone, a społeczeństwo trwa w niepewności. Zza horyzontu wyłania się kolejne referendum. Obie strony szykują się do kolejnej brexitowej batalii.

Nigel is back

Tak jak Frank Sinatra, Eminem i wielu innych Nigel Farage powraca. Choć nigdy tak naprawdę nie odszedł. Kiedy w 2016 rezygnował z przewodnictwa UKiP nie zniknął z politycznej sceny. Wciąż był aktywny w telewizyjnych studiach. Teraz jednak zapowiedział na łamach „Daily Telegraph”, że szykuje się do kampanii pod szyldem „Leave Means Leave”. Znów jak dwa lata temu będą eventy, ulotki, uliczne pogadanki i być może nawet brexitowy autobus oblepiony w nowe kłamstwa i złudzenia.

Brextremiści, których Farage jest symbolem i twarzą, boją się, że Brexit będzie tylko z nazwy. Kampania ma wywrzeć presję na rządzie, zewrzeć szeregi zwolenników twardego Brexitu, a przede wszystkim być odpowiedzią na rosnący po liberalnej stronie opór wobec opuszczenia Unii. Powrót Farage’a ma znaczenie. Nie tylko symboliczne. Otwiera na nowo spór sprzed dwóch lat, sugerując, że referendum z 2016 o niczym nie przesądziło.

Nowa kampania pokazuje, że w demokracji nic ostatecznie się nie kończy. System absorbuje wydarzenia, dopasowuje się do nich i odpowiada na nowe wyzwania oraz problemy. Wpisuje się to w narrację, którą od jakiegoś czasu stara się narzucić kampania People’s Vote, której celem jest zrewidowanie dotychczasowych ustaleń i doprowadzenie do kolejnego referendum. Ten ruch rośnie w siłę i w nadchodzących miesiącach może odegrać kluczową rolę.

Przebudzenie

Kampania People’s Vote nabiera rozpędu. Nie tylko dlatego, że wspierają ją znaczące postacie polityki (Tony Blair, Nick Clegg) i biznesu (Julian Dunkerton współzałożyciel Superdry, George Soros), ale głównie dlatego, że Brytyjczycy powoli powracają do rzeczywistości po dwóch latach spędzonych na złudzeniach. Myślenie życzeniowe, które wyewoluowało z euforii po zwycięstwie brextremistów zderzyło się z realiami. Nic w co wierzyła większość głosujących za opuszczeniem Królestwa z UE się nie spełni. Nie będzie więcej pieniędzy na NHS, Londyn nie pozbędzie się regulacji krępujących handel (wpadnie w nowe nakładane przez WTO) Wielka Brytania nie odzyska swojej wielkości i centralnej geopolitycznej pozycji. Nie będzie przywilejów od Unii ani specjalnych relacji z USA, które w teorii miałyby rekompensować polityczną i gospodarczą izolację Londynu na starym kontynencie.

Wiara w to, że Brexit będzie ekonomicznym panaceum, wyczerpuje się dość szybko. Rosną ceny i koszty życia. Coraz więcej instytucji i regionów liczy koszty przerwania strumienia unijnych dotacji. Nawet kontrola przypływu emigrantów staje pod znakiem zapytania. Bo brytyjska gospodarka i zwłaszcza system opieki zdrowia bez stałego dopływu siły roboczej oraz specjalistów z krajów wspólnoty nie jest w stanie sobie poradzić. Już dziś mimo że granice są otwarte, to spadek chętnych do pracy w UK wywołuje poważny kryzys w NHS. A po Brexicie będzie tylko gorzej.

Przełamać impas

Nigel Farage wraca, bo widzi zmianę nastawienia Brytyjczyków. Sondaże drgnęły na rzecz zwolenników pozostania Wielkiej Brytanii w Unii. Co istotne, idea powoli trafia do opozycyjnej Partii Pracy, która jak dotąd, nie chcąc utracić głosów na północy, gdzie poparcie dla Brexitu było spore, o kolejnym referendum nie chciała słyszeć. W polityce jednak cynizm odgrywa kluczową rolę. I czasem umożliwia nowe otwarcie i polityczny przełom. A jak pokazują sondaże w 100 okręgach wyborczych laburzystów nastąpiła zmiana opinii w kwestii wyjścia z Unii.

Dziś Partia Pracy kolejnego referendum już „nie wyklucza”. I choć 10 Downing Street o kolejnym takim plebiscycie nie chce słyszeć, to jednak wydaje się ono nieuniknione. Nie ma możliwości, żeby Theresa May przywiozła z Bruskeli umowę wyjścia, która kogokolwiek zadowoli. Ani brextremistów, którzy optują teraz za twardym wyjściem, ani euroentuzjastów, którzy chcieliby najlepiej wszystko odwołać i wycofać się z brexitowego bagna.

Kolejne referendum w sytuacji politycznego impasu wydaje się ideą logiczną i rozsądnym rozwiązaniem pata. Czasu będzie niewiele. Czeka nas intensywna kampania. I wcale nie jest pewne, że tym razem brextremiści przegrają. Bo choć ich słabością – jak wszystkich populistów – jest polityka szczegółu, konkretu, niuansów, kompromisów, to ich siłą jest bycie w ciągłym ruchu. Umiejętne kreowanie haseł, których nie można wdrożyć w życie, ale które działają na wyobraźnię. Ich przewagą jest prezentowanie prostych rozwiązań złożonych problemów.

Nigel Farage nie byłby w stanie udanie kierować negocjacjami z Brukselą. Boris Johnson nie potrafiłby wymyślić lepszego planu od Theresy May, a Jacob Rees-Mogg – nowa, choć anachroniczna gwiazda brytyjskiej prawicy – nie dałby rady rządzić sprawnie współczesnym państwem.

Populiści świetnie wypadają w kampaniach, na telewizyjnych sofach, ale marnieją w gabinetach, gdzie wykuwa się prawdziwa polityka. Brexitowy gang dwa lata temu dokonał politycznego, gospodarczego i społecznego spustoszenia. Miejmy nadzieję, że Brytyjczycy nie dadzą się po raz drugi nabrać.

Radosław Zapałowski

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe