Taki im się trafił fach

  • 06.07.2018, 14:04 (aktualizacja 03.12.2018, 14:48)
  • Ewa Dziadosz
Taki im się trafił fach Fot. Ewa Dziadosz
Na ostatnim stopniu przed progiem kabiny, Łukasz zdejmuje klapki. Ustawia je przy fotelu. Siada i zaczyna sprzątanie. – Ale jak to tak: boso?! – Najlepiej! – odpowiada. – Ja tu już wszystkich nauczyłem, że w samochodzie najlepiej boso, żadnych butów, żadnych skarpetek... No chyba, że do ślubu. Bo jak pisał zapomniany poeta „trza być w butach na weselu”. Na weselu Łukasza i Małgorzaty trzeba było być nie tylko w butach, ale i w ciężarówce. Ach! Co to był za ślub! Kilka paradnie przystrojonych ciągników, ze wsi pod Lublinem przejechało wąskimi, gminnymi drogami pod Kraśnik.

Zanim jednak Łukasz spotkał Małgorzatę, mozolnie zmierzał do swojego fachu. Pracuje od trzynastego roku życia. Oczywiście chodził do szkoły, ale gdy zaczynało się lato i zbiory owoców, on zaczynał pracę na skupie. Okolice Kraśnika to jeden z największych malinowych chruśniaków w Europie. Dużą popularnością cieszą się także uprawy porzeczki, wiśni i jabłek. Jednak region jest przede wszystkim znany z uprawy malin. W samym tylko Urzędowie, gminie oddalonej o 7 km od Kraśnika, plantacje obejmują 600 ha, a roczne zbiory sięgają 6000 ton. Każda para rąk do pracy jest potrzebna.
Potrzebni są również kierowcy. Bo nie jest sztuką sam zbiór owoców miękkich. Sztuką jest sprzedaż. A do tego niezbędny jest transport do chłodni i przetwórni bez strat. Kiedy zatem Łukasz osiągnął wiek odpowiedni do zrobienia prawa jazdy, jego brat Daniel, przekonał go do wyboru kariery kierowcy. A nieco później, po zdobyciu kategorii C+E zaczęło się…

Życie w drodze

– Gdzie ja jeździłem? No to tak: Niemcy, Austria, Holandia, Portugalia, Hiszpania...
– Może łatwiej powiedzieć wszystkie kraje Unii Europejskiej?
– Wszystkie 28? No nie wiem. Można chyba jednak powiedzieć: cała Europa. I wszystko woziłem, to znaczy głównie z artykułów spożywczych...
Można też było zobaczyć większy kawałek świata mknąc po górskich estakadach i nadmorskich autostradach. Można było spotykać ludzi rożnych narodowości, czekając na załadunek w wielkich portach Holandii. Kto nie marzy o spędzeniu dżdżystego, polskiego listopada w promieniach słońca, pod niebem Hiszpanii? Łukasz – nie marzy. On już miał taki listopad. Teraz wczesnym, piątkowym popołudniem sprząta kabinę i jedzie do swoich dziewczyn – żony Małgorzaty i półrocznej córeczki, Alicji. W tygodniu widuje je na ekraniku telefonu, a przecież w tym wieku dziecko zmienia się każdego dnia. Potrzebuje ojca.
– No jeszcze na bazie jestem, na razie sam, ale zaraz chłopaki zaczną się zjeżdżać – mówi do telefonu.
Na weekend staną tu ciężarówki braci: Dariusza – 5 i Tomasza – 3 oraz ich kolegi Marka – 4. Trzeci z braci – Grzegorz mieszka w Lublinie i jest etatowym kierowcą w dużej firmie. Tam zostawia na bazie ciężarówkę, którą jeździ. Ma w niej książkę grubszą niż Biblia, o ustawianiu pachołków wokół cysterny z paliwem. Ma też cyberstróża, który czuwa nad każdym przejechanym przez niego kilometrem.
– Co bym nie zrobił, to dyspozytor wie o tym nawet szybciej niż ja – śmieje się. – Jak jadę, jak hamuję, jak staję – od razu leci SMS do firmy. Tylko jak opony wyłysieją do cna, nie ma żadnych SMSów...
– No to nie wiesz, co się robi? – żartują bracia.

Spokojnego nie ma dnia

To musi być duże rodzinne święto, żeby spotkali się wszyscy trzej bracia i żaden nie miał żadnego zlecenia. A i tak rozmawiają wtedy o zaletach i wadach pracy na etacie, własnej działalności gospodarczej, prowadzeniu firmy, polskich drogach oraz umiejętnościach innych kierowców. Bo jeśli chodzi o nich – śmieją się – to mają prawo jazdy wszelkich możliwych kategorii. A Tomasz mógłby nawet czołgiem jeździć, bo jako jedyny z rodzeństwa odbył regularną służbę wojskową. Okazało się jednak, że cała ta wojskowa technika jest mocno przereklamowana i „trzeba bidę pchać do przodu” w cywilu.
I nie ma, że boli – jest robota do zrobienia, to się robi. Trzy tysiące kilometrów w tygodniu co najmniej.
– Ja to nawet w korkach robionych przez rowerzystów stałem w stolicy – wylicza Grzegorz.
– A ja ostatnio nie włączyłem GPSa, bo przecież wiem jak z Warszawy do domu wrócić – mówi Dariusz. – Okazało się jednak, że tam też zaczęła się przebudowa, droga nieoczekiwanie się urwała i zawracaj z pełnym załadunkiem.
A rodzina czeka. Najbardziej tęsknią dzieci. Żona też, ale żona Magdalena to także, a może przede wszystkim partner biznesowy. Jest kierowcą dobrym, prawie jak mąż i jego bracia. I jako jedyna z nich jeździ też jednośladem, tylko nie na dwóch kołach, a na osiemnastu. Jeszcze za czasów szkolnych uskładała sobie pieniądze, ale z oszczędności nie wiozła kupionego roweru autobusem z Lublina. Dojechała o własnych siłach pod Wysokie. To była niezapomniana jazda na wąskim siodełku. Kilkadziesiąt kilometrów po pagórkach, po szosach bez pobocza... Przy tym wszyscy wiedzą, jak kierowcy nie lubią rowerzystów. Dlatego teraz jeździ jednak osobówką. Zwłaszcza, że kilkuletnie dzieci potrzebują szofera, żeby dojechać do babci albo do kolegów, albo na basen.

Z ludźmi fajnie jest

A dzieci szczególnie potrzebują uspołecznienia. Do szkoły dowożone są gminnym autobusem. Niemniej przy obecnej demografii, żeby pobawić się z rówieśnikami muszą być przewiezione do kolegów w innej wsi. I to jest powinność matki, bo do tego nie trzeba być kierowcą zawodowym. Nie potrzeba też mieć prawa jazdy wysokiej kategorii, aby zgłębiać tajniki transportu, spedycji i logistyki. Kiedy więc z tytułem magistra-inżyniera Magdalena skończyła studia, została wytypowana do zdobywania potrzebnych certyfikatów. Skoro nie jeździ w trasę, to może sobie czytać, uczyć się i zdawać egzaminy. Oczywiście w wolnych chwilach, gdy nie zajmuje się dziećmi, domem i mężem zarabiającym na niezbędne opłaty – bo przecież wiedza i uprawnienia nie są za darmo.
Na początek potrzebny był certyfikat kompetencji zawodowych. Kurs, podróż do stolicy, tam egzamin, opłata. Potem licencja – to już bliżej – w starostwie w Lublinie, opłata niewielka. I dalej... Co to jest GMP+FSA? Jest to system zapewnienia jakości skierowany do uczestników łańcucha produkcji i dystrybucji pasz dla zwierząt, w tym także producentów i dystrybutorów składników pasz. Muszą to mieć. Kursują na trasie Zakłady Tłuszczowe Bodaczów – Toruń – Rzeszów. Przede wszystkim, ale nie tylko. Od kilku lat funkcjonuje Terminal Przeładunkowy w Brodach, stamtąd rozwożą zboża po Polsce.
Wszystko musi być uzgodnione. Telefonicznie lub pocztą elektroniczną. Trzeba pilnować rachunkowości i egzekwować płatności. Obydwoje – Dariusz i Magdalena są więc nieustannie spięci z telefonami. Dokumentacją zajmuje się głównie Magdalena. Do niedawna musiała zadowolić się kuchennym kącikiem, bo były inne, ważniejsze wydatki. Po pierwsze – zawsze – najważniejszy jest sprzęt: ciągniki, naczepy, części, naprawy, etc. Po drugie – baza. Jak w piosence: tam, gdzie niedawno było ściernisko – teraz jest wielki garaż i baza na 12 ciężarówek oraz kilka innych maszyn. Wprawdzie bracia są zawodowymi kierowcami, to z rodzinnych tradycji są również rolnikami. Jak wiadomo: grzech byłby wielki ojcowiznę zostawić. Trzeba zatem nieustannie powiększać schedę po dziadkach, do czego potrzebne są traktory i inne maszyny. Wszystkie dochody trzeba było inwestować w gospodarstwo i firmę. Firmę w znaczeniu…

Pojazdy, garaż i baza

Firmę mają siedem lat, małżeństwem są od lat jedenastu. To nie są jakieś okrągłe rocznice, żeby świętować jubileusze. Zwłaszcza, że jak zwykle roboty tyle, że ledwo jest czas, żeby przyczepy załadować. Niedawno jednak udało się wyremontować dom i w jednym z pokoi Magdalena urządziła prawdziwe biuro. Tuż przed wprowadzeniem RODO.
Ma tam teraz nowe, eleganckie, zamykane szafy na segregatory. Nikt niepowołany nie zobaczy żadnego dokumentu – wszystkie będą natychmiast przedziurkowane, wpięte i ukryte na półce. Można nawet schować kołowrotek z wizytówkami – jest miejsce w szufladzie. Trzeba jednak najpierw sprawdzić, czy wizytówki podlegają jakiejś szczególnej ochronie. Niemniej klienci i kontrahenci mogą być spokojni – wszystkie ich dane są chronione ustawowo.
Jak to w biurze – jest też stolik i fotele dla gości.
– I zobacz! Na pieniądze jest też szkatułka, którą można zamknąć kluczykiem! – emocjonują się dzieci, wyciągając z szuflady metalowe pudełko.
– Schowajcie to, nie ma co się chwalić pustą kasą – strofują rodzice.
Śmieją się. Zaczyna się weekend, można zapomnieć o wyjazdach i pozwolić sobie na relaks. No chyba, że ktoś zadzwoni, że jest robota do zrobienia. Wtedy kończy się święto.

Ewa Dziadosz

Zdjęcia (4)

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe