Wódka przy Placu Czerwonym

  • 01.06.2018, 13:04 (aktualizacja 01.06.2018, 13:08)
  • Janusz
Wódka przy Placu Czerwonym Fot. Shutterstock
Pierwszy raz trafiłem do Moskwy na początku lat 80-tych jeszcze przed czasami Gorbaczowa i pierestrojki. Zdaje się, że rządził wówczas Breżniew. W Moskwie wciąż panował klimat niedawnej olimpiady i na każdym kroku można było jeszcze ujrzeć jej maskotkę – charakterystycznego misia Miszę.

Pracowaliśmy przy odnowie muru otaczającego Kreml, tuż przy Placu Czerwonym. Podobno remontowali go tuż przed olimpiadą, ale żeby ładnie się prezentowało i tanio wyszło, to zrobili tylko prowizorkę, że zaraz po igrzyskach mur znowu zaczął się walić.

Ja oczywiście byłem kierowcą ciężarówki i poczciwym ZiŁem-130 dowoziłem cegły. Ach cóż to za maszyna była. Zima dla niej nie istniała, choć w Moskwie temperatury sięgały wówczas 40 stopni i wszystko zasypane było, wydawałoby się wiecznym śniegiem. Dzisiejsze ciężarówki nie przejechałyby pewnie po tych ulicach nawet stu metrów, a tamta pracowała dzień i noc i bez pomocy pługa pokonywała nawet zaspy, do których odśnieżania w normalnych warunkach konieczna byłaby łopata.

Samochodom tamtejszym wysokie mrozy nie szkodziły, ale ludzie musieli się rozgrzewać, bo w całym ZSRR z ogrzewaniem zarówno mieszkań jak i zakładów pracy bywało różnie. Rozgrzewali się więc najczęściej wódką, która, wydawało się, że jest tam wszechobecna, że jest tańsza od wody i że piją ją dosłownie wszyscy – w domach, na ulicach, w pracy. Nie raz widziałem zawodowego kierowcę, który w przerwie łykał sobie setkę dla otuchy, choć oczywiście groziły za to poważne kary.

W sklepach półki uginały się od gorzały i każdy mógł kupić coś na miarę swojego portfela – były te zarówno dla zwykłych pijaków, jak i dla wyrafinowanych smakoszy.

Mieszkałem w hotelu robotniczym z delikwentami, którzy za kołnierz nie wylewali. Jeden murarz i dwóch tynkarzy codziennie na trzech wypijali dwa litry. I Bóg sam raczy wiedzieć, co oni tak naprawdę pili. Pewnego razu jeden z nich tak się nawalił, że coś mu odbiło. Zaczął biegać po całym hotelu z młotkiem i rozwalać po kolei drzwi, klnąc przy tym po rosyjsku jak szewc. Przyjechała milicja i gościa zgarnęła. Później okazało się, że zatruł się jakimś tanim, lewym alkoholem. Ludzie z całej naszej brygady dostali więc zakaz spożywania wódki poniżej określonej ceny.

Teraz w Rosji znowu szykuje się niemała impreza i pewnie znowu remontową prowizorkę zrobią, żeby stolica ładnie się przed światem prezentowała. Już widzę, jak to zimą cegły w murach się posypią i trzeba będzie je znowu łatać rękami wiecznie pijanych budowlańców.

Miłej drogi Moi Drodzy

 

Opowieści niezmyślone

Janusz, lat 55, pochodzi spod Łodzi. Ale jego domem jest cały świat. Jest zawodowym kierowcą od 35 lat. Jeździł już po wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy. Z każdego kraju, w którym przyjdzie mu pracować, spisuje przygody, które potem po powrocie do Polski chętnie opowiada kompanom przy kufelku piwka. Opowiada też i nam.

Janusz

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe