Brexit na wariackich papierach

  • 05.04.2018, 17:32 (aktualizacja 03.12.2018, 15:08)
  • Radosław Zapałowski
Brexit na wariackich papierach Fot. Shutterstock Theresa May przyznała, że „życie będzie inne” i że nie można opuścić wspólnego rynku i jednocześnie w nim być, ale po raz kolejny udała się do Nibylandii
Na rok przed wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej jedyną strategią negocjacyjną Londynu wydaje się próba doprowadzenia Brukseli do szału. Na razie się jednak nie sprawdza.

Możliwe, że wszystko to jest częścią przebiegłego planu. Być może istnieje tajny dokument w ciemnych częściach 10 Downig Street, pilnie strzeżony przez poważnych panów w czarnych garniturach. Teczka z klauzulą „ściśle tajne”.

„Operacja frustracja”, która ma na celu doprowadzenie do szaleństwa kontynentalnych Europejczyków. Tajny plan negocjacyjny polegający na wprowadzeniu partnerów w konfuzję poprzez brak logiki, prezentowanie sprzeczności, naruszeń wcześniejszych umów brak porządku i brak powagi. Być może to chytry sposób na to, żeby zmęczona, rozkojarzona Europa dała Theresie May wszystko to, czego zapragnie. Żeby tylko skończyć to szaleństwo i mieć święty spokój.

Ewentualnie istnieje też inny tajny plan. Publiczne ogłaszanie nonsensów, granie pod dyktando twardobrexitowej prasy, próba uspokojenia, tych którzy głosowali za wyjściem z Unii i jednocześnie zgadzanie się na wszystkie warunki Brukseli. Bo inaczej trudno wytłumaczyć ostatnie wydarzenia.

Zielony Boris

Najpierw minister spraw zagranicznych Boris Johnson twierdzi, że nie wyobraża sobie, żeby pojawiła się granica między Irlandią, a Irlandią Północną. Jednak kiedy Michel Barnier ogłosił, że twardy Brexit będzie skutkował tym, że Irlandia stanie się zewnętrzną granicą Unii, a tym samym będą musiały pojawić się strażnicze budki i płoty, Johnson ogłasza w radio, że to nic wielkiego. Do tego jeszcze pisze w liście do Theresy May, że przejście graniczne będzie jedynie „nic nie znaczącym utrudnieniem”, bo „tylko 5 proc. towarów będzie wymagało sprawdzenia”. A David Jones były minister ds. Brexitu stwierdza, że jeśli Irlandia Północna zostanie we wspólnym rynku i unii celnej z Europą w ramach integralności Zielonej Wyspy, będzie to oznaczało wchłonięcie Belfastu przez UE.

Coś, co było ustalone kilka miesięcy temu, kiedy pierwsza runda negocjacji dobiegła końca, jest teraz podważane przez ważnych brytyjskich polityków. Partnerzy z Unii muszą być skonsternowani. Również, kiedy słuchali wystąpienia Theresy May, która na początku marca w końcu sprecyzowała co rozumie pod hasłem „Brexit znaczy Brexit”. I mimo, że było to jak dotychczas jedyne w miarę klarowne wystąpienie szefowej rządu, May znów zaprezentowała myślenie życzeniowe.

Marzycielka May

May przyznała, że „życie będzie inne” i że nie można opuścić wspólnego rynku i jednocześnie w nim być, ale po raz kolejny udała się do Nibylandii. Stwierdziła, że nie będzie żadnej granicy na zielonej wyspie, Wielka Brytania wciąż będzie podlegała ważnym europejskim agencjom (lotniczej, farmaceutycznej, chemicznej). Wiązałoby się to – co zaakceptowała premier – z uznaniem ich regulacji i współfinansowaniem. Przyznała też, że choć Królestwo wyjdzie spod jurysdykcji Trybunału Sprawiedliwości, to jednak prawa Unii i orzecznictwo trybunału nadal będą wpływać na Londyn. Wynika to choćby z tego, że trybunał ocenia, czy porozumienia zawarte przez UE są legalne z punktu widzenia prawa europejskiego. A brytyjskie sądy, choć niezawisłe, będą brać pod uwagę jego orzeczenia.

Najistotniejsze jednak, że May wykluczyła kopiowanie norweskiego czy kanadyjskiego modelu relacji. Umowa Londynu z Brukselą miałaby być szersza niż tamte. Co jest po prostu nierealne. Dla Brukseli to przemówienie musiało być rozczarowaniem. Bo jedna rzecz jest jasna: Europa wciąż, niespełna rok przed B-day, nie ma poważnego partnera do poważnych negocjacji. Stawianie Brytyjczykom jakichkolwiek warunków, proponowanie kompromisów czy ustalanie jakichkolwiek terminów jest aktualnie bezcelowe. Brytyjczycy są zajęci sobą i nie są w stanie zaangażować się w żaden znaczący dialog, nie mówiąc już o jakimkolwiek wspólnym projekcie. Albo tylko udają. Co pokazali 19 marca.

Zgoda buduje!

Zupełnie niespodziewanie i wbrew całej retoryce David Davis i Michael Barnier zapowiedzieli rozwiązania, które pozwolą uniknąć „twardego lądowania” biznesom, podróżnym i imigrantom po obu stronach Kanału La Manche po 29 marca 2019 r. Zapowiedziany 21-miesięczny okres przejściowy da obu stronom więcej czasu na przygotowanie się do rozwodu i określenie przyszłych relacji. Przewiduje, że Londyn tymczasowo nadal będzie związany unijnymi regulacjami, de facto pozostając we wspólnym rynku i unii celnej. Nie będzie miał prawa głosu, jeśli chodzi o nowe prawa. Za to, jak podkreślał Davis, będzie mógł już negocjować i podpisywać umowy handlowe z państwami na całym świecie – pod warunkiem, że wejdą w życie po zakończeniu wspomnianego okresu. Najciekawsze jest jednak to, że obywatele Unii przybywający do Zjednoczonego Królestwa w okresie przejściowym będą mieli te same prawa co wcześniejsi przybysze. Co wywoła furię wśród twardobrexitersów.

Zgoda w kwestii okresu przejściowego pokazuje, po raz kolejny, że Królestwo godzi się na wszystko czego chce Bruksela. Co daje nadzieję, że w 10 Downing Street faktycznie istnieje tajny dokument, który stwierdza, że Brexit będzie tylko z nazwy.

Radosław Zapałowski

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe