Na drodze śmierci

  • 19.02.2018, 18:28 (aktualizacja 21.02.2018, 16:06)
  • Janusz
Na drodze śmierci Fot. Shutterstock Road of Death
Był rok chyba 1998. Pracowałem w Boliwii i jeździłem głównie po stolicy La Paz, rozwożąc artykuły spożywcze. Generalnie jeździło się bardzo przyjemnie, ale miasto to wznosi w Andach na wysokości ponad 3600 m n.p.m., więc uwierzcie mi, ciśnienie, szczególnie podczas jazdy, daje się we znaki na takie wysokości.

Jeździłem jakąś podstarzałą ciężarówką mającą chyba ze dwadzieścia lat. Drogi dziurawe, rzadko remontowane, ale na szczęście sprzęt zahartowany, więc dawało jakoś radę. Pewnego razu dostałem zlecenie zawieść coś do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Coroico. Myślę sobie – fajnie, trochę wyrwę się z miejskich klimatów, a i Andy trochę zobaczę. Gdybym jednak wiedział, co mnie czeka, prawdopodobnie nie wsiadłbym nawet do samochodu.

Pojechałem tzw. North Yungas Road, bo z mapy wynikało, że to najlepsza trasa. Może i była najlepsza, ale w pewnym momencie moja krew zaczęła po prostu mrozić się w żyłach. Droga wąska, żwirowa, albo nawet błotnista. W pewnym momencie zaczęły pojawiać się pod jej zboczami przepaście na kilkaset metrów w dół. A wąsko było tak, że jak jakiś samochód z naprzeciwka jechał, to nie zawsze można było się wyminąć, tylko trzeba było cofać do jakiegoś miejsca, gdzie dwa wozy się zmieszczą. A weź tu człowieku cofaj, jak 20 cm obok kół jest krawędź drogi, a za nią to widok jak z samolotu. A do tego zwisająca z tych potężnych urwisk ziemia robi wrażenie, jak by za chwilę miała runąć w dół i pociągnąć za sobą tę drogową serpentynę.

Droga wiła się ona wokół licznych gór, tworząc nieskończone ostre zakręty, przez co samochodów z naprzeciwka nie było z daleka widać. Pojawiały się dopiero w ostatniej chwili – tuż przed maską, przez co noga z hamulca w ogóle nie schodziła.

Po powrocie się dowiedziałem, że przyszło mi jechać najniebezpieczniejszą droga na świecie. W niektórych miejscach wznosi się ona na wysokości 4650 m. Jest potocznie nazywana Death Road, czyli Droga Śmierci, a ginęło w tamtych czasach na niej każdego roku od 200 do 300 osób.

Przejechałem raz, a potem przyszedł czas na powrót. Moje przerażenie wzmógł fakt, że wracać przyszło mi w nocy. Ku mojemu zdziwieniu było łatwiej. Dzięki strugom świateł przynajmniej wiedziałem, że za zakrętem zbliża się jakiś samochód, co oczywiście nie zdejmowało mojej nogi z hamulca.

Wiele lat po moim wyjeździe z Boliwii drogę podobno trochę zmodernizowano i dziś nie jest już aż tak niebezpieczna. Ale podobno teraz masowo ściągają na nią turyści żądni ostrych wrażeń, bo wciąż jazda po niej zostaje w pamięci na całe życie.

Jak będziecie kiedyś w Boliwii, to koniecznie wybierzcie się na North Yungas Road.

Miłej drogi Moi Drodzy ;)

 

Opowieści niezmyślone

Janusz, lat 55, pochodzi spod Łodzi. Ale jego domem jest cały świat. Jest zawodowym kierowcą od 35 lat. Jeździł już po wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy. Z każdego kraju, w którym przyjdzie mu pracować, spisuje przygody, które potem po powrocie do Polski chętnie opowiada kompanom przy kufelku piwka. Opowiada też i nam.

Janusz

Zdjęcia (3)

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe