Brexit tylko z nazwy

  • 11.01.2018, 14:32 (aktualizacja 03.12.2018, 15:20)
  • Radosław Zapałowski
Brexit tylko z nazwy Fot. Shutterstock.com Boris Johnson, David Davis, Theresa May, Philip Hammond
Przełom w negocjacjach między Londynem, a Brukselą pokazał, że Wielka Brytania w końcu zaczęła podchodzić do procesu rozwodowego z Unią pragmatycznie. I wiele wskazuje na to, że Królestwo zmierza w kierunku łagodnej wersji Brexitu.

Ostatnie dziewiętnaście miesięcy było nerwowe. Dla wszystkich. Rynków, establishmentu, biznesu, obywateli Unii mieszkających na Wyspach i samych Brytyjczyków. Nerwowość i niepokój brały się z niepewności. Bo nie wiadomo było, co dokładnie wydarzy się po referendum, w którym Brytyjczycy opowiedzieli się za wyjściem z Unii Europejskiej. Nie wiedział tego nawet sam brytyjski rząd. Theresa May powtarzała, że „Brexit znaczy Brexit”, czy też „lepszy brak porozumienia niż złe porozumienie”, ale za tymi sloganami nie kryła się żadna idea, ani wizja, ani tym bardziej plan.

David Davis – minister ds. Brexitu z rozbrajającą szczerością przyznał, że rząd nie przygotował żadnego raportu na temat skutków opuszczenia Unii przez Królestwo. A kanclerz Philip Hammond dodał, że rząd nigdy nie przedyskutował – do jakiej wersji Brexitu będzie dążył. 10 Downing Street nie wie co się stanie w 2019 roku z brytyjską ekonomią, środowiskiem, biznesem, kulturą i emigracją. I niespecjalnie się tym przejmuje. Ale za to wydawał sprzeczne komunikaty potęgując, chaos i wzbudzając zdumienie na kontynencie.

Theresa May mówiła o kompromisach, a minister spraw zagranicznych Boris Johnson o twardej postawie negocjacyjnej. Szefowa rządu optowała za łagodnym Brexitem, ale jej koalicjant – irlandzka Demokratyczna Partia Unionistyczna (DUP) oraz wielu polityków rządzącej Partii Konserwatywnej – za zupełnym oderwaniem z Unią. Ważni działacze Torysów przestrzegali biznes przed inwestowaniem na Wyspach, a inni zapewniali, że wszystko będzie dobrze gdy tylko „znikną krępujące brytyjską gospodarkę unijne regulacje”. A do tego jeszcze trwały walki wewnątrz obozu rządzącego. Twardzi brexitersi kontra łagodni brexitersi szachowali się nawzajem, próbując zwiększyć swoje wpływy w partii. Szykowano także mały pucz, żeby pozbyć się Theresy May i zastąpić ją Jacobem Rees-Moggiem, który w ostatnich miesiącach zastąpił na dziennikarskiej giełdzie ministra spraw zagranicznych Borisa Johsona i stał się „gorącym, nowym” kandydatem na przyszłego lidera Partii Konserwatywnej. Wreszcie wybuchły skandale: afera z rajami podatkowym i seksualny skandal w brytyjskim parlamencie.

Nawet najtwardsi brexitersi wymiękają

Uznawani przez lata za ideał służby publicznej brytyjscy politycy zaczęli być odbierani przez europejskich partnerów jako osoby niepoważne. Standardy brytyjskiej klasy politycznej nie tak dawno były obiektem zazdrości na Kontynencie. Dziś sytuacja na Wsypach z perspektywy Unii to farsa. Chaos, zamieszanie, niekompetencja i niemoc osób znajdujących się u szczytu hierarchii torysów potęgowały napięcie na linii Londyn – Bruksela. Bo jak negocjować z partnerem, który nie wie czego chce, ma wewnętrzne problemy i znajduje się na skraju politycznego załamania nerwowego?

A postreferendalna rzeczywistość zaczęła dawać się we znaki. Spadł poziom inwestycji i wartość funta. Wzrosły za to ceny i poziom przestępczości. Gospodarka zaczęła zwalniać. Spadła też migracja. Głównie profesjonalistów, co wywołało kryzys w brytyjskiej służbie zdrowia, zależnej od stałego dopływu wykwalifikowanych pielęgniarek z krajów Unii. Uniwersytety boją się, że spadnie liczba zagranicznych studentów, którzy w dużej mierze utrzymują w dobrej finansowej kondycji szkolnictwo wyższe. Biznes zaczął wyrażać swoje niezadowolenie. Jak i farmerzy, którzy bez emigranckiej siły roboczej nie są w stanie funkcjonować. Zmieniło się też nastawienie opinii publicznej do Brexitu. Wielu tych, którzy głosowali za wyjściem z Unii, zreflektowało się, że to nie był najlepszy pomysł.

Bo Zjednoczona Europa, która miała być na skraju bankructwa, która miała się rozpaść na kawałki w wyniku politycznej i ekonomicznej indolencji po kryzysowych latach wywołanych perturbacjami strefy euro wychodzi na prostą. I to w imponującym stylu. Unia przeżywa ekonomiczny renesans. Gospodarki krajów UE rosną w tempie 1.7 proc. (w porównaniu do zeszłorocznych 0.6 proc.) Problemy fiskalne zniknęły. A Europejczycy zmienili nastawienie do Brukseli. Unię dziś popiera 56 proc. Francuzów (przed Brexitem to było zaledwie 38 proc.) i aż 68 proc. Niemców (wcześniej 50 proc.) Większość mieszkańców Kontynentu chce też ściślejszej integracji i bardziej sprawiedliwej Unii. Unii, która się dzieli ze słabszymi krajami (badania Chatham House and Kantar Public).

Teraz warunki dyktuje Europa

Bruksela poczuła moc. Zwłaszcza, że fakt wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii przestał zagrażać ekonomicznie i politycznie. Unia jest dziś bardziej zdeterminowana, żeby zacieśniać współpracę, a analizy pokazują, że na Brexicie straci około 0.3 PKB. Dla Królestwa skutki opuszczenia UE będą znacznie bardziej dotkliwie (1.7 proc.) Być może dlatego grudniowe porozumienie, które zakończyło pierwszy etap negocjacji, poszło po myśli Unii. Londyn mimo swojego, wcześniejszego buńczucznego tonu uległ i zgodził się na wszystkie warunki Brukseli.

Porozumienie przewiduje, że prawa obywateli brytyjskich w Unii i państw unijnych w Wielkiej Brytanii będą zagwarantowane przez obie strony. Że Londyn wywiąże się ze swych zobowiązań względem wspólnej kasy UE (40 miliardów funtów). Theresa May poprosiła również o dwuletni okres przejściowy co skutkuje tym, że Wielka Brytania będzie musiała nadal respektować prawo europejskie. Także te nowe.

Czyli wyjścia w 2019 roku nie będzie. A najpewniej również w 2021, bo wszyscy eksperci zgadzają się co do tego, że okres przejściowy potrwa co najmniej pięć lat. Nie będzie też tzw. twardej granicy, z punktami kontrolnymi, między Republiką Irlandii, a należącą do Zjednoczonego Królestwa Irlandią Północną. Jednocześnie Irlandia Północna wyjdzie z Unii na takich samych zasadach jak cała Wielka Brytania.

Twardego Brexitu nie będzie

Oznacza to wszystko, że prawdopodobnie twardej wersji Brexitu nie będzie, a Królestwo zmierza w kierunku norweskim. Czyli w praktyce wszystko zostanie po staremu. Tylko Londyn straci możliwość wpływania na decyzje w Brukseli. Zmiana tonu 10 Downing Street, a także tabloidalnej prasy wskazują na to, że zamiast Brexitu będzie Bino (Brexit in name only – Brexit tylko z nazwy). Być może rzeczywistość negocjacyjna i gospodarczy obraz po referendum spowodowały zwrot w myśleniu Londynu. Jasne się staje, że wyjście z Unii to dla Wielkiej Brytanii katastrofa. A brytyjska klasa polityczna, choć pogrążona w chaosie nie może sobie na to pozwolić. Dziś wiadomo, że twardego Brexitu nie będzie. I coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, w którym Brytyjczycy się z Brexitu panicznie wycofują.

Radosław Zapałowski

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe